Organy; największy to z pośród instrumentów muzycznych, zaliczamy do aerofonów. Dźwięk emitowany z piszczał powstaje dzięki tłoczonemu do nich strumieniowi powietrza z tzw. wiatrownic. Naciśnięcie klawisza na stole gry powoduje otwarcie wlotu powietrza do „wywołanej” jednej lub kilku piszczał. Proste! Czy na pewno? Przed laty prof. Jan Gawlas wyznał: aby grać na organach i właściwie zinterpretować dany utwór, trzeba poznać ich duszę, a to wymaga pracy kilku lat. Przywykliśmy do wizerunku naszych organów, umieszczonych wysoko na chórze, pod kolistym sklepieniem w ostatnim przęśle nawy. Są ozdobą chóru. Ich sylweta wyraźnie odcina się od jasnego tła ściany. Srebrzyste smukłe piszczały, niczym kanelowane kolumny odbijają się w „marmurkowej” oprawie poszczególnych segmentów barokowego prospektu, u szczytu ozdobionego wazonami i koncertującymi puttami. Dla odmiany, garnitur mniejszych piszczał rozmieszczony jest w równych rzędach w nadwieszonych skrzydłach po obu stronach centralnej, starszej części prospektu. Aczkolwiek widok organów sam w sobie może zatrzymać wzrok, podstawowy ich walor tkwi w ich brzmieniu. Dopiero talent organisty, który potrafi przeobrazić zapis nutowy w konkretny efekt dźwiękowy i umie wykorzystać właściwości instrumentu powoduje, że owa „szafa” prezentuje swój pełny wizerunek, emitowaną muzyką wypełnia wszystkie zakamarki świątyni i odzywa się mniejszym lub większym rezonansem u każdego słuchacza, jeśli tylko jest odrobinę umuzykalniony i nie ogranicza sfery swoich wrażeń do łomotu agresywnej perkusji. Czy zauważamy te wspaniałe introdukcje, misterne miniatury, nastrojowe przerywniki, dyskretny akompaniament w czasie liturgii czy śpiewu zboru a na zakończenie różne fugi, preludia, hymny? Czyż nie są one ozdobą nabożeństwa, jego dopełnieniem? Żadną miarą nie potrafię zrozumieć tych, którzy w czasie gry organów (a nierzadko śpiewu zborowego) uważają, że właśnie wtedy najlepiej się rozmawia a pod koniec nabożeństwa czym prędzej opuszczają kościół. Kazanie zaliczone – cała reszta jest nieistotna! Nic bardziej mylnego i uwłaczającego.

Jeśli wierny jest zapis starożytnego kronikarza, wynalazcą organów jest niejaki Ktesibios już w III wieku przed naszą erą. Te i następne modele organów przez szereg stuleci były pierwotnie instrumentem... cyrkowym, służyły do wzmocnienia widowiskowego efektu areny. Niewielkie przenośne instrumenty szafkowe budowane też były dla władców, raczej dla zaspokojenia ich snobistycznych manier, niż estetycznych przeżyć. Przez długi czas organy, coraz ulepszane, już nie „wodne” a z miechami powietrznymi, zaopatrywane w coraz większą ilość piszczał, początkowo wykonywanych z miedzi, uważane były za instrument pogański. Tylko odważniejsi duchowni chrześcijańscy docenili ich walory, wprowadzając je obok dzwonów do surowych przedromańskich naw kościelnych, w pobliżu ołtarza. Dopiero bardziej tolerancyjny papież Witalian z Segni (657 – 672) oficjalnie pozwolił na używanie organów w kościele. Pod koniec tysiąclecia powstało szereg poważnych traktatów o budowie organów. Najlepszymi specjalistami budowy organów stali się zakonnicy. Oni też byli promotorami we wprowadzeniu organów do liturgii, używając ich do przedgrywek, interludiów lub finałów. Dalej jednak głównymi zamawiającymi byli monarchowie i wysocy dostojnicy kościelni, zwłaszcza na terenie Anglii i w Niemczech. Wśród posiadaczy organów znajdujemy między innymi księcia polskiego Kazimierza Sprawiedliwego (1177 – 1194). W średniowieczu rozpoczęto budowę większych instrumentów, już nieprzenośnych, a umieszczanych w osobno wybudowanym chórze, stawianych nie obok a naprzeciw ołtarza po drugiej stronie nawy. W XIII w. zaczęto stosować osobne rejestry, w XIV w. pojawiły się obok manuałów także pedały, umożliwiające grę nogami. Również obudowa organów stała się bardziej wytworna, przyjmując kształt ołtarzowych tryptyków. Kolejny skok w rozwoju sztuki budowy organów nastąpił w baroku. W repertuarze kompozytorów pojawiły się msze organowe, rozbudowane oratoria, w których organy miały już rolę równorzędną w stosunku do śpiewu solowego lub chóralnego. Także prospekt organowy zyskał nową, niejednokrotnie wytworną oprawę, stając się jednym z elementów wystroju świątyni. Miało to ścisły związek z ideą kościoła triumfującego okresu kontrreformacji. Wielu reformatorów, podobnie jak wcześniej duchowni Kościołów obrządku wschodniego, negatywnie ustosunkowało się do organów. Marcin Luter miał jednak muzyczną duszę, sam skomponował wiele pieśni. Z czasem, w kościele ewangelicko – augsburskim doceniono służebną rolę organów, które odtąd towarzyszyły nie tylko liturgii, ale także śpiewowi pieśni przez zgromadzonych zborowników. Do największego rozkwitu organów doszło w XVIII w. Wówczas to nie tylko działali najwięksi twórcy epoki tej miary co Dietrich Buxtehude (ok. 1637 – 1707), Johann Pachelbel (1653 – 1706) a przede wszystkim geniusz muzyczny Jan Sebastian Bach (1685 – 1750); w sukurs przyszło im szereg znakomitych organmistrzów, wśród których największą sławę zyskali Silbermannowie w Niemczech. Następne lata przynoszą dalsze techniczne udoskonalenia, przede wszystkim w mechanizmach gry, budowie klawiatur, zastąpieniu kalikantów dmuchawami z napędem elektrycznym, zastosowaniu różnych urządzeń pomocniczych do oprogramowania komputerowego włącznie. Stopniowo organy wyposażane były w coraz większą liczbę głosów a w związku z tym coraz większą ilość różnorodnych piszczał. Jeszcze przed 1960 (Józef Władysław Reiss: „Mała encyklopedia muzyki”, Warszawa 1960) zbudowano organy o 455 registrach i ponad 33000 piszczałach z dwoma kontuarami o 5 i 7 manuałach (Atlantic City – USA).

Niestety nie wiemy, czy i jakiego używano instrumentu w pierwotnym drewnianym kościele ewangelickim w Cieszynie. Co najwyżej mógł to być niewielki pozytyw. O nowe organy w murowanym kościele Jezusowym postarano się w 1785 r. Były one dziełem organmistrza Franza Horziczka (Horiczka) z Frydku i posiadały 24 głosy, 2 manuały i pedał (klawiatura nożna). W 1863 r. przeszły gruntowny remont, przeprowadzony przez krakowską firmę organmistrzowską Antoniego Sapalskiego. Smutną kartą w dziejach naszych kościelnych organów było ich ogołocenie z cynowych piszczał podczas I wojny światowej (1916). Tak okaleczone organy były używane do 1923 r. Wówczas organistą po ojcu Andrzeju był prof. Karol Hławiczka. Jemu najprawdopodobniej należy zawdzięczać, że zbór zdecydował się ponieść jeszcze jeden wydatek i zakupić nowe organy. Uwagę zwrócono na wytwórnię Wilhelma Sauera we Frankfurcie nad Odrą, aktualnie prowadzoną przez innego sławnego organmistrza dr Oskara Walckera. Zapewne wzięto pod uwagę, że z tego warsztatu wyszedł wówczas największy instrument 200 – głosowy, zainstalowany w Hali Ludowej we Wrocławiu. Z usług tej samej firmy skorzystał zresztą po I wojnie światowej także kościół ewangelicki w Katowicach. Zbór cieszyński miał do wyboru trzy instrumenty; zdecydowano w końcu, że wystarcza (!) ten średni o 36 głosach, liczący 2076 piszczał, a noszący numer fabryczny (opus) 1253. Na początku października 1923 r. wyposażenie nowych organów znalazło się w Cieszynie. W ciągu kilku tygodni wymontowano z szafy piszczały ze starego instrumentu, pozostawiając w szafie jedynie 112 sztuk, a w miejsce usuniętych piszczał wmontowano nowe. Wówczas też dobudowano z boków barokowego prospektu dwa skrzydła, gdyż stara szafa okazała się za mała. Całość umieszczono na podbudowie, dla poprawy efektów akustycznych. Uroczyste nabożeństwo związane z poświęceniem nowego instrumentu i podniosłym koncertem z udziałem wirtuozów muzyki organowej odbyło się 25.11.1923 r. Aż do 1924 r. prof. Karol Hławiczka organizował w kościele różne koncerty, a dochód z nich przeznaczał na spłatę zaciągniętych przez zbór długów.

Odtąd, przez dziewięćdziesiąt lat, wielokrotnie odnawiany instrument służy naszemu zborowi i miastu zarówno na nabożeństwach, jak i w licznych koncertach. Aczkolwiek nie są to ani najstarsze, ani największy organy w Polsce, swoją niepowtarzalną urodą brzmienia i wspaniałą akustyką kościoła Jezusowego cieszą się zasłużoną renomą. W Cieszynie są to organy największe i jedyne w pełni koncertowe. Powinny one być przedmiotem naszej dumy i stałej troski o ich utrzymanie.